81 dni
4H 52M 31S

REGATY POLONEZA KALENDARZ

sierpień »

01

02

03

04

05

06

07

08

09

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

NEWS
03.08.11
- Regaty Polonez Cup Sailnews
« POWRÓT

Archiwalny artykuł dotyczący II Regat Poloneza


Zygmunt Kowalski

Artykuł z tygodnika "Jantar" nr 22/1974 z dnia 02.06.1974

REGATY Z SAMYM SOBĄ

Przed rokiem dwaj znani szczecińscy żeglarze, kapitanowie jachtowi - Kazimierz Jaworski i Jerzy Siudy wypłynęli samotnie na jachtach "Ogar" i "Karfi" na Bałtyk i rozegrali między sobą wyścig na około 200-milowej trasie: Świnoujście - wyspy Christianio - Świnoujście. Historia milczy, który z nich zwyciężył, ale myśl o kontynuowaniu tego typu regat, imprezy organizowanej w rocznicę powrotu jachtu "Polonez" do Plymouth po zakończeniu sławnego rejsu dookoła świata, pozostała.

Podtrzymał ją nowo utworzony Jacht Klub Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie.

Na wieść o ogłoszeniu II Bałtyckich Regat Samotnych Żeglarzy o  Puchar "Poloneza" w światku żeglarskim zawrzało. Do imprezy zgłosiło się 18 zawodników, wśród nich obaj wymienieni kapitanowie, dwóch żeglarzy gdańskich oraz jedyna kobieta, kpt. Barbara Chmielewska.

Żegluga po Bałtyku, do tego żegluga samotna, nie jest rzeczą łatwą. Dla żeglarzy, nawet doświadczonych kapitanów jachtowych, stanowi ona sprawdzian samego siebie, swych umiejętności i odporności psychofizycznej.

Wśród zawodników znalazł się również dziennikarz "Jantara". Oto jego relacja:

CZWARTEK, 23 MAJA, GODZ. 16,15

Ostry start z redy Świnoujścia. Umiarkowany wiatr północny. Liczę startujące jachty - piętnaście, plus "Polonez", dowodzony przez honorowego gościa imprezy kpt. Krzysztofa Baranowskiego. "Polonez" nie startuje w regatach zorganizowanych dla upamiętnienia wyczynu swego kapitana, towarzyszy nam tylko na części trasy.

Wiatr z NNE. Idealnie przeciwny. Jachty halsują i po kilku godzinach giną mi z oczu. W pobliżu żegluje na "Orchidei" z Pałacu Młodzieży kpt. Zbigniew Andruszkiewicz, również instruktor harcerski.

Pierwsze próby samosteru, wykonanego w czynie społecznym przez pracowników szczecińskiej FaMaBud, i zamontowanego - dosłownie w ostatniej chwili - przez szkutników HOM. Działa! Utrzymuje kurs! To mój jedyny "załogant".

Zapada zmrok. Zaczynam odczuwać zmęczenie. To między innymi efekt prawie nie przespanej nocy, kiedy to żeglowaliśmy do Świnoujścia. "Tylko nie zasnąć" - to hasło będzie mi przyświecało przez cały czas regat. Wybieram wodę z zęzy, określam pozycje jachtu, co godzinę nawiązuję za pomocą harcerskiej krótkofalówki kontakt z "Orchideą". Wolno mija czas. O trzeciej rano Zbyszek informuje mnie, że ma dużo pracy przy wybieraniu wody, gdyż jego jacht, zwodowany przed kilkoma dniami, jeszcze nie nasiąkł i bardzo cieknie, i że zamierza dłużej popłynąć dotychczasowym kursem. Ja decyduję się na zmianę halsu. Wiatr wyraźnie słabnie. Samoster nie utrzymuje już kursu. Trzeba przejść na sterowanie ręczne. "Nici" ze snu. Jeszcze zmieniam grot-żagiel. Ponieważ wieczorem Ruegen Radio zapowiadało wiatry do 5 st. B, na noc pozostawiłem na jachcie tzw. grot półsztormowy. Teraz ściągam go a zakładam i stawiam duży żagiel.

Schodzę pod pokład, aby zapisać to w dzienniku jachtowym i widzę, że woda za każdym przechyłem jachtu wylewa się z płytkiej zęzy na podłogę. Rad nie rad zabieram się do po mapowania. Kilkanaście ruchów pompy i... ciągnę tylko powietrze. Za krótki wąż w zęzie. Jacht płynie w lekkim przechyle, cała woda na zawietrznej burcie. Trzeba wybierać do wiaderka i wylewać na zewnątrz. Tę czynność będę wykonywał co kilka godzin przez cały czas regat. Dochodzi południe. Oczy mi się same zamykają. Nastawiam budzik i walę się nas godzinę na koję...

Mijają kolejne godziny i minuty wolnej, a więc szczególnie męczącej żeglugi. Trwa nieustanny rytuał. Wybieranie wody, sterowanie, nasłuchy prognoz pogody, radionamiary na bliski już Bornholm. Dopiero o jedenastej wieczorem jestem przy południowym cyplu tej wyspy. Wiatr zupełnie zamiera. Na widnokręgu, za mną, kilka żagli. Ulga. Już dobę nie widziałem pozostałych konkurentów. Po głowie chodziły mi czarne myśli, że oni wszyscy są już daleko przede mną, a mój jacht płynie w charakterze przysłowiowej "czerwonej latarni". Nie jest więc tak źle!

Pozbawiony wiatru jacht kolebie się z burty na burtę. Cholernie chce mi się spać! Nie mogę jednak zasnąć, bo brzeg w odległości 2-3 mila ponadto kręci się tu sporo statków i kutrów rybackich. Trzeba czuwać, oświetlać reflektorem żagiel i uważać, aby nie zdryfować na przybrzeżne kamienie. W półśnie, półjawie czekam na wiatr. W pewnym momencie widzę światła jakiegoś statku, a potem mocny reflektor nadaje jakieś sygnały. Trzy długie błyski i przerwa, trzy błyski i przerwa. I tak wiele, wiele razy. Litera "O" kodu międzynarodowego oznacza "człowiek za burtą". Śpiesznie schodzę pod pokład, aby uruchomić silnik i udać się na pomoc i wtedy uprzytamniam sobie, że to przecież sygnały latarni morskiej Due Odde, które obserwuję już od kilku godzin. Jakiś statek przepłynął koło niej, a ja pod wpływem zmęczenia zapomniałem o jej istnieniu i potraktowałem te błyski jako alarm nadawany przez statek.

Dopiero o trzeciej nad ranem przychodzą słabe podmuchy wiatru. Płynę wzdłuż wybrzeży Bornholmu na północ, w kierunku wysepek Christianso. Kilka mil przed wyspami mijam się ze statkiem szczecińskiej WSM - "Azymutem", na którym płyną dziś szczecińscy dziennikarze prasy i radia, a wśród nich fotoreporter "Jantara - Tadeusz Wituszyński..

Przy skalistych wybrzeżach Christianso uderza szkwał z deszczem. Jacht silnie kładzie się na burtę. Rzucam się do grota i zwalam go na dół. W tym czasie jacht skręca nieco w prawo i tym samym tracę około pół mili na wysokości. Szkwał nie był zbyt silny - jakieś 6 st. B. Przesadziłem z tym zrzucaniem grotżagla. Nie tylko straciłem na szybkości, ale - co gorsza - na wysokości w stosunku do wiatru. Skorzystali z tego aż trzej doganiający mnie konkurenci, którzy w czasie, gdy męczyłem się ze zrzucaniem, potem stawianiem żagla, a wreszcie nadrabianiem straty wysokości - wyprzedzili mnie przy okrążaniu wysepek. Trudno. Teraz ja gonię za nimi płynąc wzdłuż Bornholmu na południe. Wiatr znów tężeje, coraz większe przechyły. Jacht ma tendencję do skręcania na wiatr, który wieje od bliskiej wyspy. Trzeba uważać, a oczy co chwilę same się zamykają. Pokonuję jakoś zmęczenie i aby ułatwić sobie sterowanie, znów zmieniam grota na półsztormowy.

Około 14,00 znów jestem przy południowym cyplu Bornholmu. Stąd do Świnoujścia kurs 205 stopni. Wiatr z kierunku WSW pozwala sterować kursem 190 st. Trudno. O 14,30 włączam samoster, nastawiam budzik na 15,30 i kładę się na koję. Jestem piekielnie zmęczony. Od startu minęło już 46 godzin, a spałem niecałą godzinę. I to zeszłego dnia  nad ranem. Budzę się... po pięciu godzinach. Nie słyszałem budzika. Jacht żegluje wolno, w kierunku NE (a więc przeciwnym od pożądanego). Klnę na siebie, na wiatr, który osłabł kiedy ja spałem (a mój "załogant" pracuje tylko przy wiatrach od 3 st. B). Robię więc zwrot i nadrabiam zaległości. Żadnych jachtów nie widać. Tymczasem wiatr znów przybiera na sile. Ruegen Radio podaje, że ma wiać z zachodu, do północnego-zachodu 4 - 5 st. B, a później 5 - 6 stopni. Na razie dmucha "trójka" z południowego zachodu. W godzinach wieczornych wiatr tężeje i wolno skręca na zachodni. Fala rośnie. Jej uderzenia wstrząsają całym kadłubem, a odpryski niesione silnym wiatrem co chwila przelatują nad pokładem.

Ograniczam się do wyglądania co kwadrans z messy i sprawdzania, czy nie płynę na zderzenie z jakimś statkiem, wylewam szybko przybierającą wodę, parzę kawę, palę jeden za drugim papierosy i tak trwam do świtu. Co godzinę nastawiam na nowo  budzik, aby jego sygnał nie pozwolił mi zasnąć.

Robi się jasno. Morze wygląda dość groźnie. Szare "dziady" suną jeden za drugim. Wieje sześć, a w szkwałach chyba siedem stopni Beauforte'a. Najwyższy czas zrzucić genuę, a na jej miejsce postawić mniejszy żagiel. Pierwszy raz czynię użytek z wypożyczonego mi przez kolegów z "Daru Szczecina" pasa bezpieczeństwa. Na dziobie rzuca niemiłosiernie, stale zalewany pokład śliski. Ściągam opornie schodzącą w dół genuę. Część żagla wpada przy tym do wody. W chwilę później większość tergalu znajduje się już pod kadłubem dryfującego jachtu. Dobre dziesięć minut walczę z opornym płótniskiem, zanim wyciągnę go na pokład. Dopiero teraz odczepiam żagiel od sztagu, wpycham go "na siłę" pod pokład, wyciągam z forpiku foka  i przygotowuję go do stawienia. Stoi! Wybieram szoty i nieludzko zmęczony schodzę pod pokład. Patrzę na zegar. Cała "operacja" trwała pół godziny.

Tymczasem wiatr osiąga siłę sztormu. "Duje" osiem, a w szkwałach do dziewiątki. Jacht pod zmniejszonymi żaglami płynie bardzo ładnie i gdyby nie powtarzające się często silne wstrząsy od uderzających od dzioba fal, żeglugę można by uznać za luksusową. Te wstrząsy stąd, że wiatr w międzyczasie wykręcił na zachód, jacht płynie w dobrym dla mnie kierunku SW, a na nową falę nakłada się stary rozkołys.

Mimo zmęczenia samopoczucie doskonałe. Płynę już prosto na Świnoujście. Rzeczywiście -  o 9,00 z lewej burty ukazują się zza mgiełki wzgórza położone na wschód od Międzyzdrojów, a radionamiar wskazuje, że tym kursem wyjdę wprost na redę Świnoujścia.

Zmęczenie znika. "Z radości" wybieram jeszcze około trzydzieści wiader wody, słucham muzyki i od czasu do czasu wychylam się na pokład, aby obserwować widnokrąg. Widzę za rufą jakiś jacht i drugi po zawietrznej, w pobliżu Międzyzdrojów.

Reda. Przepływam między stojącymi na kotwicach statkami, których załogi z zainteresowaniem obserwują zmagania się "Iskry 70" z wiatrem i falą. Przeżywam kolejną walkę z samym sobą. Chciałoby się już teraz zmienić kurs i płynąć wprost na wejście, ale rozsądek nakazuje żeglować jeszcze kilkanaście minut ostro na wiatr, aby do portu wpłynąć bezpiecznie, mając wiatr w pół burty.

Wreszcie uznaję, że już można przyjąć kurs na główki wejściowe. Przechodzę na ręczne sterowanie, luzując nieco żagle odpadam od wiatru. "Iskra", jakby wyrzucona katapulty, dostaje fantastycznego przyspieszenia. "Na oko" oceniam szybkość na 9, może 10 węzłów. Rufa zanurzona w wodzie, dziób podniesiony do góry, z trudem utrzymuję wyrywający się z rąk ster. Tak wpadam na linię mety.

JEST NIEDZIELA, 26 MAJA, GODZ. 13,53

Moje regaty z samym sobą, bo tak chyba muszę je nazwać, zakończone. Dla mnie trwały dokładnie 69 godzin i 34 minuty. Jakkolwiek sukcesu sportowego nie odniosłem (na metę wpłynąłem dopiero jako ósmy zawodnik na dziesięciu, którzy ukończyli wyścig), odczuwam satysfakcję. Nie dałem się pokonać własnej słabości - największemu wrogowi samotnych żeglarzy.

ZYGMUNT KOWALSKI


« POWRÓT


Kopiowanie i powielanie treści portalu wymaga zgody redakcji Zapoznaj się z regulaminem

 

Zamknij okno [x]

REJESTRUJ

ZAPOMNIAŁEŚ HASŁA?

E-mail:

REDAKCJA SAILPORTAL.PL

bluefin"at"interia.pl

Telefon komórkowy:

+48 601 233 434

Formularz Kontaktowy



Imię i nazwisko
*  E-mail
*  Temat wiadomości
*  Treść wiadomości

* pola obowiązkowe
Aby wysłać formularz wpisz hasło z obrazka
obrazek






Zamknij okno [x]

X